Parafia pw. Przenajświętszej Trójcy
w Wilamowicach
Sanktuarium Świętego
Arcybiskupa Józefa Bilczewskiego
Sanktuarium Świętego Arcybiskupa Józefa Bilczewskiego

Kazimierz Danek – rzeźbiarz

Jeden kawałek drewna równa się jeden liść dębowy, czyli 6 godzin pracy rzeźbiarskiej. Inny kawałek drewna – z niego kwiaton mniejszy – 24 godziny rzeźbienia, bo kwiaton większy to ponad 36 godzin pracy rzeźbiarza. Wszystkie te godziny skrupulatnie spisane i zaewidencjonowane, razem jest ich ponad 26 000. Spisane także każde wydane na materiały środki. A obok tej pracy fizycznej, niepoliczone i niespisane w żadnym miejscu godziny, dni i tygodnie pracy koncepcyjnej, projektowej, setki szkiców, notatek, rysunków, rzutów. No i jeszcze budzące z jednej strony podziw, a drugiej głębokie zdumienie wszystkich, którym dane było podglądnąć pracę mistrza, warunki pracy. Kto w tych czasach tak pracuje – bez profesjonalnego warsztatu, metodą średniowieczną – ręczną. Ze znowu – skrupulatnie dobranymi dłutami i pobijakiem. W skromnym pokoiku mieszkalnym na piętrze domu.

Kazimierz Danek urodził się w Boże Narodzenie 1934 roku w Krakowie, jako syn Abdona Danka (1883 – 1938) i Wandy z Wołłowiczów (1896 – 1975). Z uwagi na zaawansowany, jak na ówczesne czasy, wiek ciężarnej Wandy, w obawie o jej zdrowie i zdrowie nienarodzonego jeszcze małego Kazimierza – rodzina do rozwiązania pozostawała w Krakowie, ze względu na bliskość szpitali. Po narodzinach Kazimierza, Dankowie na stałe zamieszkiwali w rodzinnej miejscowości ojca Kazimierza – Wilamowicach, ale Kraków na zawsze pozostał ukochanym miastem rzeźbiarza, do którego ten wielokrotnie jeszcze wracał. To najczęściej w krakowskich kościołach i klasztorach poszukiwał inspiracji, podglądał technikę wykonania rzeźb, ołtarzy, szczególnie tego autorstwa Wita Stwosza w Bazylice Mariackiej na krakowskim Placu Mariackim tuż przy Rynku Głównym.

Z domu rodzinnego, zwłaszcza za sprawą matki, wyniósł umiłowanie do sztuki – muzyki klasycznej,  zwłaszcza operowej, śpiewu, malarstwa i rzeźby. Ta ostatnia stała się jego największą pasją. Pewien czas kształcił się artystycznie, ale zawodowcem w tej dziedzinie nie był. Utrzymywał się z pracy w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej. Każdą wolną chwilę poświęcał rzeźbieniu.

W ciągu całego życia spod jego dłuta wyszły setki rzeźb. Najpierw po godzinach pracy, potem bardziej niż w pełnym wymiarze czasu pracy – już na emeryturze – rzeźbił, szkicował, projektował. W jego twórczości dominowała tematyka sakralna. Znakomita większość dzieł trafiła w ręce prywatnych osób w kraju i zagranicą. Ale zdarzało się mu również tworzyć na zamówienie niezwykle udane kopie świątków przydrożnych czy rzeźb zdobiących kościoły. Zamawiający te ostatnie niejednokrotnie mieli kłopot odróżnić kopię od autentyku.

Praca nad wystrojem wilamowickiego kościoła była jego marzeniem. Nie wszyscy dowierzali, że to możliwe do zrealizowania. Sam Kazimierz także nie był tego pewien. To w wilamowickim kościele autor stacji drogi krzyżowej miał zostać wyłoniony w wyniku konkursu. Kazimierz Danek przyniósł swoją propozycję „Zdjęcia z Krzyża” i wygrał. Stacje wykonał w dębie, tworzył nie w kolejności „chronologicznej”, a wedle pomysłu i twórczej potrzeby. Ołtarz główny z lipowego drewna ze sceną Ostatniej Wieczerzy w części centralnej według pierwotnego pomysłu miał mieć polichromię, sporządzaną według opracowanej przez rzeźbiarza receptury, z tylko jemu wiadomych składników zmieszanych w jemu tylko znanych proporcjach. Efekt stonowanej kolorystyki sprawdzał się doskonale przy małych rzeźbach, jednak po pokryciu kilkoma warstwami polichromii postaci apostołów, mistrz pomysł zarzucił. Ołtarz jest pokryty rodzajem bejcy, również zgodnie z dobraną przez autora kolorystyką. Sceny ołtarza i stacji drogi krzyżowej są sugestywne, dynamiczne – Jordan zdaje się płynąć, córka przełożonego synagogi faktycznie ożywa, obok odważnej Weroniki nie przejdziesz bez chwili zatrzymania, bo przedarła się przez tłum i właśnie Tobie ukazuje Jego wizerunek, a Matka trzymająca ciało Syna w ołtarzu bocznym, z twarzą niemal do Niego przytulną – nawet po śmierci podążająca za dzieckiem, zdaje się dopełniać „fiat”, które Gabriel słyszy w pierwszej scenie tryptyku. Misterne ornamenty roślinne, zdobienia, kwiatony świadczą o wirtuozerii dłuta w drewnie. Znawcy sztuki, krytycy dzieła oceniają, ale nie są w stanie ich wycenić.

Tylko dla uporządkowania powyższego wymienię, że w latach 1986 – 2006 Kazimierz Danek wykonał stacje drogi krzyżowej, tryptyk ołtarza głównego, ołtarze boczne, rzeźby w stallach i sedilia w prezbiterium, obudowę ołtarza soborowego, ambonki i organów. Papieski krzyż „Pro Ecclesia et Pontifice” (2002), czy ministerialny medal „zasłużony dla kultury polskiej” potwierdzają uznanie dla jego pracy na polu sztuki sakralnej. Podsumowanie znaczenia jego twórczości doskonale opisuje horacjańskie Exegi monumentum aere perennius – wybudowałem pomnik trwalszy niż że spiżu, choć sam Kazimierz pewnie tak o sobie nigdy nie pomyślał.

Artysta był bardzo wrażliwy na odbiór swojej twórczości. Ogromnie przeżywał to, jak parafianie przyjmą jego pracę, pragnął akceptacji, ale z drugiej strony odczuwał lęk przed oceną. Nie lubił publicznych gratulacji i publicznie wyrażanego uznania. Czuł się tym skrępowany. Wolał rzeźbić. Był tytanem pracy. Rozpoczynał dzień około 5 nad ranem, a nierzadko o 2 w nocy światło w oknie pracowni na piętrze wciąż się paliło. Jeśli już odpoczywał – kosił trawę lub spacerował po ogrodzie, nawet w środku nocy. Zwykł mawiać – „Karol, jak ja nie lubię świąt” – nie ze względu na brak szacunku do święta czy odpoczynku, ale ze względu na przymus realizacji pasji, równoznaczny w przyjętej przez niego metodzie działania z ciężką fizyczną pracą.

Poszukiwał swojej drogi i artystycznie i duchowo i może właśnie w tych niezliczonych godzinach spędzonych na pracy nad rzeźbieniem i w poszukiwaniu inspiracji wśród murów, figur i obrazów rozmaitych kościołów i klasztorów tę drogę odnalazł.

Dzieła dłuta Kazimierza Danka zachwycają. Każde z nich powstało z kawałka drewna starannie wybranego, ocenionego wcześniej pod kątem struktury drewna, wytrzymałości na setki uderzeń pobijaka. Bywało, że misternie rzeźbiony ornament w ostatniej fazie pracy się rozpadł. 26 000 godzin ciężkiej pracy w ascetycznych warunkach, spracowanymi dłońmi, na własnych kolanach. Niepoliczone godziny szukania inspiracji. I jeden człowiek – o czym zaledwie wzmianka i wspomnienie powyżej.


Karol Tlałka